Bernd Best 2010 - krok od podium w Champions League
Drużyna The Reds 1 zakończyła swoje zmagania na 4-tym miejscu w lidze Champions podczas Bernd Best Tournament. Jest to najlepszy wynik jaki polska drużyna uzyskała w rozgrywkach w tym prestiżowym turnieju.
The Reds 1 rozpoczęli swoją rywalizacje w 12-tym Bernd Best, w piątkowe popołudnie. Na początku zmierzyliśmy się z najsilniejszym naszym rywalem grupowym (triumfator z trzech ostatnich lat tego prestiżowego Turnieju) - drużyną gospodarzy, niemieckim The Rebels. Przebieg meczu jednak nie wskazywał na to, iż mamy do czynienia z pojedynkiem "Dawida z Goliatem" :). "Czerwonym" zabrakło niewiele aby w inauguracyjnym spotkaniu sprawić miłą niespodziankę - mecz zakończył się wynikiem 38:37 - jednym punktem zwyciężył faworyt. Nasza drużyna zebrała sporo pochwał po tym spotkaniu, nabraliśmy większej pewności siebie przed kolejnym meczem.
Rywalizacja z brytyjskim The Dudes rozpoczęła się tego samego dnia wieczorem - ten mecz należało wygrać, gdyż założeniem sztabu szkoleniowego było osiągnięcie minimum półfinału turnieju. Początek przebiegał po naszej myśli, uzyskaliśmy kilku-punktowe prowadzenia i wydawało się, że wszystko toczy się właściwym torem - zaczęły się jednak przytrafiać pojedyncze straty. Jednak nade wszystko należy podkreślić wyśmienite prowadzenie gry przez doświadczonego kapitana rywali Alana Asha, który uspokajał grę swoich kolegów, ustawiał ataki, czym doprowadził do remisu na koniec regulaminowego czasu gry. W ten sposób zakończona została czwarta kwarta, a rozpoczął się horror zwany dogrywką. Pierwsza dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, druga wyłoniła zwycięzcę - mógł być tylko jeden THE REDS !!! Mecz zakończył się bardzo późno - ale optymizm nas nie opuszczał, w szatni pierwszy raz pojawiła się odważna myśl, iż dojdziemy do finału i weźmiemy rewanż na Rebelsach.
Sobota - około 11-tej rozpoczęliśmy zmagania z drużyną szwedzką FIFH Griffins. Silni zawodnicy szwedzcy nie byli wstanie pokonać polskie obrony - wracaliśmy do strefy i broniliśmy jej ze wszystkich sił (?powrót? był naszym założeniem na ten turniej). Prowadząc w pewnym momencie 6-cioma punktami, znowu popełniliśmy kilka błędów, ale ostatecznie udało się dowieźć zwycięstwo do końca 42:39. Teraz już odważniej pojawiły się marzenia o grze w finale. Pomimo arcytrudnego przeciwnika, który nas czekał wiara w zwycięstwo nas nie opuszczała.
Zapakowaliśmy się do autobusu i zmieniliśmy halę, zjedliśmy posiłek i wyczekiwaliśmy godziny 18-tej.
Wybiła godzina "zero" - przyszedł czas na starcie: The Reds 1 kontra European Giants.
Drużyna przeciwnika naszpikowana gwiazdami europejskiego rugby z mistrzami Europy, Belgami Larsem Mertensem i Ludwigiem Budenersem na czele. Nasza drużyna grająca dotychczas głównie tym samym ustawieniem (Tomek Biduś, Krzysztof Kapusta, Piotr Wilamowski, Jacek Wanic, oraz dający dobre zmiany Łukasz Gogosz).
Mecz przeciwko European Giants rozpoczęliśmy w niezmienionym ustawieniu. Piotrek Wilamowski, pomimo olbrzymiego przeciwnika wygrał rozpoczęcie meczu w kole. No i się zaczęło - pierwszy punkt dla Redsów. Trzy kwarty graliśmy punkt za punkt (trzecia kwarta zakończyła się remisem). W czwartej kwarcie to przeciwnik prowadził jednym punktem a my odrabialiśmy stratę - pod koniec pojawiły się błędy i przewaga "Gigantów" wzrosła do 2-ów punktów. W ostatnich sekundach jeszcze jedna strata i nasza drużyna po niezwykle ambitnej walce uległa wysoko notowanemu rywalowi 40:37.
Zabrakło nam naprawdę niedużo - porażka w tym meczu bardzo dotknęła naszego kapitana Tomasza Bidusia. Zarówno on jak i pozostali zawodnicy zostawili masę zdrowia i serca naboisku. Przegrana bolała tym bardziej, ponieważ zwycięstwo było w zasięgu - mogliśmy pokonać niezwykle renomowaną drużynę gwiazd i zagrać w finale.
Jednak stało się inaczej. Ponownie otrzymywaliśmy pochwały za bardzo dobry mecz - ale tym razem satysfakcja z dobrej gry była gorzka i dość długo rozpamiętywaliśmy przegraną.
Ostatnie starcie jakie nam pozostało na tym turnieju to gra o 3-cie miejsce - mecz miał odbyć się w niedziele w samo południe - obie drużyny były przygotowane na czas - ale grę rozpoczęliśmy z prawie godzinnym opóźnieniem (związane było to z pewnymi problemami technicznymi).
Czuliśmy, że ten mecz jest do wygrania i z takim nastawieniem wyszliśmy na boisko. Niestety po nienajgorszym początku z czasem gra zaczęła się psuć i to przeciwnik przejął inicjatywę. Londyńczycy zdobywali kolejne punkty, stosowali mocny pressing i pomimo naszej mocnej obrony zdobywał bramki w ostatnich sekundach na goal-clocku. Tym razem The Reds1 został dotkliwie pokonany 28:37.
Mimo kilku przegranych turniej w Kolonii pokazał, że drużyna jest w stanie wygrać z każdym przeciwnikiem. The Reds 1 byli drużyną nie tylko z nazwy. Wspaniały klimat jaki panował w każdym z polskich zespołów dawał siłę i uwalniał w nas ambicje. Oby tak dalej.
